Pojazdy mknęły na tyle szybko i nisko, że pierwsza sieć czujników ledwo zdążyła je namierzyć. Gdy pobudzone alarmem stanowiska ogniowe zaczęły szukać celów, cała grupa była już daleko. Pierwsza linia obrony została z tyłu.
Chwilę później kilka pocisków wyszczerbiło pancerz desantowca. Jeden z trafionych ślizgaczy eskorty wykręcił beczkę i zapalił się dostawszy się w wiązkę ciężkiego promiennika. Wyrwał do góry i eksplodował, zarzucając kamienistą okolicę płonącymi odłamkami i trudnymi do rozpoznania szczątkami załogi.
Prowadząca desantowiec Massudka robiła co mogła, aby przebić się cało do celu. Wykorzystywała nawet najmizerniejsze osłony terenowe. Żaden komputer nie byłby do tego zdolny, nawet programy uwzględniające teorię chaosu nie były równie skuteczne jak wprawny i doświadczony pilot. Pojazd trząsł się nieustannie, ale leciał dalej.
Kompleks dowódczy zbudowano u stóp urwiska, piaskowiec blokował skutecznie dojścia ze wschodu i południa. Atak lotniczy z pomocą pocisków samosterujących miałby przez to raczej mizerne szansę powodzenia. Każdy zbliżający się wehikuł był wystawiony na ogień znad urwiska oraz ze szczytów okolicznych wzgórz. Jedynym wyjściem było przebijać się jak najdalej i liczyć na odrobinę szczęścia.
To ostatnie sprzyjało żołnierzom Gromady. Zuchwały atak zaskoczył obrońców. Dopiero obsada drugiej linii obrony zdołała pozbierać się na tyle, żeby w ogóle otworzyć ogień. Jednak nie dość skutecznie.
Byli już wewnątrz bronionego obszaru. Przed nimi widniały polimerowe ściany przytulonych do urwiska budynków. Całość miała tylko kilka okien, umieszczone na poziomie ziemi wejścia nosiły ślady krygolickiej roboty. Wystarczyło kilka strzałów, a kompleks stanął otworem.
Żołnierze wysypali się z pojazdów. Dzięki informacjom odzyskanych wiedzieli z góry, gdzie czego szukać. Dopiero teraz w polu widzenia pojawili się pierwsi przeciwnicy.
Grupa Randżiego skierowała się do centrum telekomunikacyjnego. Kilka lat temu atakowali już podobny cel na Koba. Tyle, że wtedy byli Aszreganami. Randżi pomyślał przelotnie, że chyba jakieś fatum nad nim ciąży, że chociaż sam tak pragnie zrozumienia i towarzystwa, wciąż przychodzi mu niszczyć instalacje łączności.
Jednak ironiczne refleksje trzeba było odsunąć: teraz musiał się martwić, jak zrobić swoje i przeżyć.
Weszli przez wysoką na dwie kondygnacje dziurę, wybitą pociskiem ze ślizgacza. Szybko też trafili na opór. Nieskuteczny. Gdy tylko nie było w pobliżu Massudów, odzyskani korzystali ze swych niezwykłych możliwości i "sugerowali" przeciwnikowi odłożenie broni. Nie zawsze działało tak samo, ale na ogół się udawało.
Wnikali coraz głębiej, aż trafili na wydrążone w piaskowcu hangary. Stały tu liczne ślizgacze bojowe, wszystkie uzbrojone i zatankowane, gotowe do użycia. Brakowało tylko załóg.
Randżi zostawił paru ludzi, aby zniszczyli pojazdy, sam z resztą pobiegł dalej, na poszukiwanie wyznaczonego mu celu. Co pewien czas dochodziło do krótkiej, ale intensywnej strzelaniny.
Aby skutecznie oczyścić teren z zaskoczonych obrońców, oddział Randżiego musiał działać w rozproszeniu. Zwoływali się tylko wtedy, gdy trzeba było unieszkodliwić jakieś większe gniazdo oporu.
Nagle tuż obok Randżiego pojawił się ciężko zdyszany i jakby zaniepokojony Winun.
- Mamy trochę kłopotów po drugiej stronie.
- Jakiej natury? - spytał Randżi, gdy zapadli obaj za wielkim i szarym kontenerem seguniańskiej roboty.
- Z Massudami. Najpierw jedna taka próbowała zastrzelić swego dowódcę, potem inny chciał palnąć sobie w łeb. Powstrzymaliśmy ich, ale mało brakowało. Gdy próbowaliśmy wyjaśnić sprawę, oboje zapadli w śpiączkę.
- O czym tak szepczecie? - spytała skulona w pobliżu Kossinza.
- Jeden przypadek szaleństwa, to się zdarza pod ogniem. Dwa to już nie przypadek - mruknął Randżi, nasłuchując krążących po wnętrzu kompleksu ech kanonady. - Tu gdzieś jest Amplitur.
Winun ponuro przytaknął.
- Jeden Massud też doszedł do tego wniosku.
- Powiedz naszym, żeby uważali na wszystkich Massudów i na Hivistahmów. Może będzie trzeba w ogóle ich wycofać. W ostateczności dokończymy.
- To już wiedzą, ale jednak chcą spróbować. Boją się, ale chcą dopaść Amplitura. Jeszcze żadnego nie widzieli. Chyba liczą na ekstra zdobycz... Gdyby udało się go bezpiecznie zabrać, oczywiście.
Randżi zagryzł dolną wargę.
- Nie możemy odsunąć ich na siłę. Ale to znaczy, że naszym idzie całkiem dobrze, skoro Nau... Amplitur się ujawnił. Musiał nie mieć wyboru. Z tego wynika jeszcze jedno: tu brak tylnego wyjścia. Robal został uwięziony. Dobra. Ty, Tourmast i reszta z doświadczeniem w sprawie, miejcie oko na Massudów. Jakby co, użyjcie własnych możliwości, aby zneutralizować wpływ Amplitura. W ostateczności ogłuszcie. Łeb ich od tego rozboli jak cholera, ale przynajmniej ocaleją.
- Nie zaczną niczego podejrzewać? - spytał Winun.
- Raczej nie. Przy takim natłoku wrażeń nie poznają, co od kogo pochodzi. Potem uznają wszystko za wpływ Amplitura. Zresztą, nie mamy wyboru. Nie możemy zostawić sojuszników na łaskę robala.
Zastępca przytaknął i pobiegł do swego oddziału.
Mimo długiej nauki i leczenia, mimo wszystkich zabiegów i rozlicznych przykrych doświadczeń, Randżi czuł wciąż coś na kształt zabobonnego lęku przez Ampliturami. Cóż, uwarunkowania z dzieciństwa nie dało się tak łatwo usunąć. Ostatecznie nie tak dawno stał dumny przed rodziną i przyjaciółmi i czekał na wyróżnienie Nauczycieli. Zrobiło mu się nieswojo. Kossinza też wyglądała niewyraźnie.
Obie strony miotały się po kompleksie, krzyczały i kluczyły, aż trudno było w zamkniętej, pełnej ognia i dymu przestrzeni odróżnić swoich od obcych. Zaawansowana technologia niewiele w tym przypadku pomagała. Massudzi konsekwentnie zdobywali kolejne pomieszczenia; nie tyle z szaleńczej odwagi, co z poczucia obowiązku. Dodatkowo mieli wrażenie, jakby moc Amplitura osłabła. Nie był już równie skuteczny, jak parę chwil wcześniej. Zachęceni takim obrotem sprawy, zdwoili wysiłki. Ludzie nie zostali w tyle.
Dwie bitwy, ta o zespół łączności jak i ta o umysły Massudów, toczyły się równolegle i były równie zajadłe. Nieliczna stosunkowo grupa odzyskanych rychło przejęła inicjatywę w obu starciach. Randżi pomyślał, że Amplitur musi przeżywać właśnie najpaskudniejsze chwile swojego życia.
To było zadanie akurat dla Szybkoznaczącego. Dziękował losowi, że trafiło właśnie na niego. Wobec Aszreganów z eskorty zachowywał spokój właściwy komuś, kto w pełni panuje nad sytuacją. Nie dał po sobie poznać, że nagle coś się zmieniło.
Owszem, indywidualni Massudzi dalej reagowali jak powinni, bodźce myślowe skutkowały, jednak wystarczyło, że wypuścił któregoś spod kontroli, by poszukać następnego, a wszystko się rozsypywało. Żołnierz wracał błyskawicznie do normy. Szybkoznaczący był wstrząśnięty; wiedział, co to oznacza.
Ktoś albo coś przeciwstawiało się jego wpływom.
Niezwykła umysłowość bezbłędnie odszukiwała w burzy myśli te właściwe i umiejętnie je neutralizowała. Drugi Amplitur? To niemożliwe, nigdy w dziejach Wspólnoty żaden Amplitur nie zszedł z drogi cnoty. Łatwiej byłoby zmienić prawa entropii, niż przerobić Araplitura na dysydenta.
Gromada badała Ampliturów od setek lat. Czyżby udało im się w końcu dokonać przełomu? Czyżby zbudowali mechaniczny analog ich umysłu, zdolny oddziaływać na cudze myśli? Jeśli tak, to by znaczyło, że kontrwywiad Wspólnoty jest nie wart funta kłaków. W raportach nie było ani słowa o podobnym wynalazku.
Ale jak inaczej to wytłumaczyć?
Krygolici i Aszreganie otoczyli Amplitura murem żywych tarcz i rozglądali się nieustannie, trzymając gotową do strzału broń. Nauczyciel włączył się do obrony centrum łączności, tutaj bowiem właśnie nieprzyjaciel poczynił niepokojąco duże postępy. Jeśli opanuje urządzenia nadawcze, będzie mógł wysłać do wszystkich jednostek zaszyfrowany sygnał, nakazujący zaprzestania walk. A wtedy koniec z marzeniem o zdobyciu tej planety. Stąd nawet Nauczyciel przemógł opory i gorliwie włączył się do batalii, w której mógł przecież ucierpieć. Ale cóż, w takich okolicznościach jeden umysł projekcyjny wart był tyle, co cała kompania.
Szybkoznaczący spróbował wyizolować obce źródło poleceń. Bez powodzenia. Do tego potrzebowałby jeszcze dwóch towarzyszy, ale niestety, ci byli potrzebni gdzie indziej: dowodzili całością obrony. Musiał samodzielnie zażegnać niebezpieczeństwo.
Mimo niechętnych reakcji, Amplitur skłonił eskortę, by przenieść się bliżej pola walki. Miał nadzieję, że może jakiś przypadek pomoże mu rozwiązać zagadkę. Drużyna ochrony zareagowała jak jeden mąż, bo i faktycznie, rządzeni byli jednym umysłem.
Pierwotny wstrząs był niczym w porównaniu z szokiem, jaki dane było przeżyć Szybkoznaczącemu, gdy odkrył już źródło, a właściwie źródła emisji. Nie było to żadne urządzenie, ale kilkunastu ziemskich żołnierzy! Amplitur poczuł, że nogi się pod nim uginają. Oto spełnił się najgorszy z koszmarów!
Zrozpaczony Nauczyciel nie poinformował o niczym eskorty. Chciał jak nadłużej pozostać na pierwszej linii, gdyż musiał zebrać więcej informacji, zbadać sprawę. Szybko ustalił, że spośród całej gromadki jeden umysł był szczególnie sprawny i skuteczny. Szybkoznaczący skoncentrował na nim swoją uwagę.
Atak Gromady stracił nieco impetu, walki rozpadły się na indywidualne pojedynki. Nauczyciel mógł przysunąć się jeszcze bliżej, nie ryzykując wpadnięcia na większą grupę nieprzyjaciół. Niestety, z tego samego powodu nikt nie mógł zagwarantować mu bezpiecznej drogi odwrotu. Trudno, sytuacja wymagała odwagi i determinacji; rozwiązanie tajemnicy jawiło mu się istotniejsze, niż cała batalia o Ulaluable. Amplitur wiedział, że nie może wrócić do swoich bez dowodów. Nie tym razem. Sam by nie uwierzył w gołe słowa...
Czy ten wrogi umysł potrafi również wpływać na myśli Aszreganów i Krygolitów? Gra szła o wielką stawkę, bo jeśli tak... Jeden był tylko sposób, żeby to sprawdzić. Amplitur kazał posunąć się jeszcze do przodu. Dla dobra Celu musi pojmać przynajmniej jeden okaz.
Gdy obca umysłowość była już bardzo blisko, Amplitur spróbował ją ostrożnie wysondować. Wiedział, że jeśli naprawdę ma do czynienia z człowiekiem, wówczas może ucierpieć. Ziemianie reagowali na sondowanie odruchowym atakiem, który paraliżował każdego Amplitura. Ale trudno. Nie miał wyboru. Sięgnął.
Dotknął.
Atak nie nadszedł. Fala pierwotnych lęków nie runęła na Amplitura. Szybkoznaczacy uspokoił się. Wiedział już, że ci Ziemianie muszą być inni. Potrafią więcej, ale są równie nieodporni na sondowanie, jak ci wyhodowani na Kossut.
Kossut... Szybkoznaczacy zdrętwiał. Dziwny zbieg okoliczności. Czy tylko zbieg okoliczności? Raczej nieprawdopodobne, ale nie mógł od ręki niczemu zaprzeczyć. Wiedział, wszyscy wiedzieli, że straty oddziału specjalnego z Kossut były na Ulaluable nieproporcjonalnie wysokie. Kilku żołnierzy mogło ujść śmierci. Jeśli tak, to groziło to rozlicznymi konsekwencjami... Koniecznie musi dostać choć jednego żywcem. Musi znaleźć kilka odpowiedzi. A najlepiej jedno i drugie.
Próbował jak mógł, ale szybko się przekonał, że Ziemianie, chociaż odmienni, są jednak odporni na jego sugestie. Z drugiej strony sami nie atakowali. Niebezpieczna, ale i obiecująca mieszanka.
Świadom napięcia i znaczenia sprawy, Amplitur spróbował sięgnąć głębiej. Przecież gdzieś musi być granica możliwości tych istot.
Randżi znieruchomiał nagle i nie wiedzieć czemu odłożył broń na podłogę i cofnął się parę kroków. Zaraz jednak otrząsnął się, jakby ze snu. Obok Kossinza zrobiła to samo.
- Randżi? - spytała. - Też to czujesz?
- Amplitur - mruknął młodzieniec bez wahania. - Próbuje w nas wleźć. - Zacisnął powieki, aż łzy pojawiły się w kącikach. Gdy otworzył oczy, był już na tyle przytomny, aby podejść do broni i wziąć ją w ręce. Pomógł dziewczynie.
- To boli - jęknęła. - Łeb pęka, Randżi. Nie mogę go usunąć.
- Skoncentruj się na czymś innym - poradził czym prędzej. - Czymkolwiek. Spróbuj "pchnąć" siebie tak samo, jakbyś działała na Massuda czy Hivistahma. Musisz. Za sprawą Ampliturów nie mamy immunitetu na ich oddziaływanie. Odruchy niczego nie załatwią, sama musisz się tym zająć.
Aż się skrzywił, odpierając kolejny, nader silny atak sugestii, aby wsunąć lufę broni w usta i...
Jeśli mogę się opierać, pomyślał, to pewnie mógłbym też zaatakować.
Amplitur zachwiał się, wszystkie cztery nogi załamały się pod nim i prawie upadł, gdy potężna fala zakłóciła uporządkowany przebieg jego prądów mózgowych. Dwaj najbliżsi Krygolici zbledli z przerażenia, ale Szybkoznaczacy zaraz ich uspokoił. Poskutkowało. Eskorta oddaliła się gdzieś w prawo. Poszli szukać wroga.
Osamotniony pośrodku szeregów pojazdów i stert materiałów wojennych, oszołomiony Amplitur próbował jakoś dojść do siebie. To nie samotność tak go deprymowała, Ampliturowie byli samowystarczalni i przywykli do działania w pojedynkę.
Z kontenansu wytrącił go atak, przeprowadzony przez tajemnicze indywiduum. Nie był to na Ślepo wyprowadzony cios, typowa reakcja Ziemian, ale ukierunkowane precyzyjnie uderzenie godne raczej Amplitura niż człowieka. Szybkoznaczacy był przerażony i zafascynowany jednocześnie. To zdarzenie bez precedensu. Co gorsza, nie wiedział, ile jeszcze niespodzianek go czeka. Sytuacja zmieniała się z każdą chwilą.
Amplitur odzyskał równowagę. Drugi raz nie da tak łatwo się podejść. Ten, kto go zaatakował, był silny, ale brakowało mu wprawy. Miał talent, ale nie mógł równać się z doświadczonym Ampliturem.
Ciekawość wzięła górę nad ostrożnością i Amplitur ruszył bliżej w kierunku walczących. Zapomniał o niebezpieczeństwie. Nieustannie sondował, muskał, obchodził, aż uzyskał potwierdzenie strasznej prawdy: tych dwoje, a może i pozostali, z którymi miał przelotny kontakt, należeli pierwotnie do korpusu Kossut. Renegaci. Był już pewien.
Ale jak? Co ich tak odmieniło, że wyrzekli się wychowania, aszregańskiego dziedzictwa i Celu? Ze stali się na powrót Ziemianami... a nawet kimś więcej. To trzeba wyjaśnić.
Gdyby dało się opanować takiego stwora, sprawa byłaby łatwiejsza. Dobrze prowadzony żołnierz, który walczy również myślą, to ktoś o wiele cenniejszy niż przerobiony na aszregańską modłę Ziemianin. Przerzucony między swoich, posiałby dość dywersji, by przyspieszyć realizację Celu o całe setki lat.
Szybkoznaczący uświadomił sobie wielkie znaczenie dokonanego przed chwilą odkrycia. Zrodzona wcześniej myśl została wreszcie wyartykułowana. Wiedział już, co czynić.
Mniej więcej w tym samym czasie wyczuł bliską obecność jeszcze jednego umysłu. Massud. Pełen pasji, rozgrzany walką. Amplitur przyjrzał mu się zdumiony. Wrogość Massuda nie była skierowana przeciwko obrońcom centrum. Myślał raczej o Ziemianach, a szczególnie o tej dwójce, którą Szybkoznaczący obserwował od dłuższej chwili.
Dziwne. Zmodyfikowani Ziemianie byli między miotem a kowadłem. Czemu? Amplitur nie potrafił tego sobie wyjaśnić. Miast odpowiedzi znajdywał wciąż nowe pytania.
Ampliturowie zawdzięczali swą pozycję nie tyle refleksji, co umiejętności naginania procesu ewolucyjnego do swoich potrzeb. Szybkoznaczący bez wahania sięgnął do umysłu przybyłego. Massud szybko mu się podporządkował.
Szybkoznaczący zdobył wreszcie pomocne w walce narzędzie.
Gunekvod przycupnął za ceramicznym cylindrem o barwie zepsutych zębów. Wychyliwszy się lekko na lewo, ujrzał schowanych za innym pakunkiem Ziemian. Wkoło wciąż toczyły się walki.
Z lewej przemknęło paru Massudów. Zniknęli. Był sam na sam z Ziemianami.
Nikt nie zauważył, jak Gunekvod odłączył od oddziału. Miał wreszcie sposobność, aby zażegnać groźbę, ochronić cywilizację! Poruszył gniewnie wibrysami, odsłonił komplet zębów. Uniósł broń i wycelował w kobietę. Automatyczny celownik sam naprowadził wylot lufy na podstawę czaszki.
Zawahał się.
Coś było nie tak. Ziemianie wyglądali na zaniepokojonych, ale przecież w polu widzenia nie pojawił się jeszcze żaden wróg. Trzymali broń, jakby to były kawałki kija. Walka przestała ich obchodzić. Zupełnie nie żołnierskie zachowanie. Więcej, zachowanie nietypowe dla Ziemian.
Kobieta zachwiała się, przycisnęła obie dłonie do głowy. Gunekvod aż zaklął pod nosem, gdy jej towarzysz położył broń na podłodze. Massud zatrzymał palce nad spustem. Co było grane?
Pomyślał, że w tych okolicznościach mógłby poprzestać na zranieniu czy obezwładnieniu tej dwójki, po co od razu zabijać. Byli sami w kącie wielkiego magazynu, brakło świadków. Miałby czas przepytać podejrzanych. Wyciągnąłby z nich prawdę. Wiedział, że z ludźmi to możliwe.
Ponownie uniósł broń. Zaraz też otrzeźwiał. To szaleństwo. Trzeba raz na zawsze położyć kres niebezpieczeństwu. To pole bitwy a nie laboratorium naukowe. Skąd to wahanie?
Był pewien, że Ziemianie nie wiedzą o jego obecności. Jeśli tak, to czemu dziwne myśli przychodzą mu do głowy? Nie wiedzą o nim, zatem nie mogą na niego oddziaływać. A przecież...
Drżąc z wysiłku i napięcia, Gunekvod wyszedł z ukrycia i zaczął zbliżać się do Ziemian. Czuł, że dzieje się z nim coś dziwnego. Massudzi tak nie reagują. Broń tańczyła mu w dłoniach, jakby nagle ożyła. Gunekvod próbował zapanować nad swymi ruchami, ale jakoś mu to nie wychodziło.
Randżi dostrzegł Massuda kątem oka. Obrócił się i spojrzał zdumiony, jak tamten wymachuje bronią.
Gunekvod nacisnął spust. Równocześnie coś eksplodowało mu w mózgu. Strzał poszedł w sufit.
Kossinza stała tuż za Randżim, gdy ten chował się za dwoma wiązkami metalowych rur; nie była dość szybka. Drugi ładunek musnął jej biodro. Lekka zbroja ochroniła ją, ale tylko częściowo. Nie tyle upadła, co usiadła ciężko na podłodze.
Gunekvod ujrzał, że tylko ranił kobietę. Tym lepiej! - stwierdziła jedna półkula. Za mało! - warknęła druga. Massud przyłożył dłoń do czoła. Co się ze mną dzieje? Ledwo nad sobą panując, strzelił w kierunku mężczyzny.
Ładunek zrykoszetował gdzieś daleko. Randżi sięgnął do translatora.
- Oszaleliście, żołnierzu? Zapomnieliście o Dziedzictwie Gniazda? Jestem oficerem sił specjalnych, nazywam się Randżi-aar, czasowo przydzielony do osiemdziesiątej czwartej grupy bojowej!
- Wiem, kim jesteś! - ryknął translator Massuda. Gunekvod aż się zachwiał, ale głos i tak nie wytłumił tego, co wyło mu we łbie. - Wiem o was wszystko!
Randżi słabo znał Massudów, ale poznał, że ten tutaj jest wyraźnie wytrącony z równowagi. Trzeba było odciągnąć jego uwagę od rannej Kossinzy.
- Jesteśmy Ziemianami! Twoimi przyjaciółmi, sojusznikami! Massud pokazał zęby.
- Nie ty, Randżi-aar! Nie ty i nie twoi zmutowani kumple! Musicie wszyscy zginąć! Jesteście zbyt niebezpieczni, żeby pozwolić wam żyć. Możecie ogłupić innych, ale nie mnie, nie Gunekvoda! Wiem, kim jesteście, że to Ampliturowie was przysłali. Nie pozwolę, byście bawili się moim umysłem. Zniszczę was!
- Oszalałeś! - krzyknął Randżi i odsunął się z linii strzału.
Kossinza rozpłaszczyła się na podłodze i zakryła głowę rękami, gdy żołnierz znów otworzył na oślep ogień. Posypały się strzępy opakowań. Massud roześmiał się bełkotliwie.
- Nie sadzę. Wiem na pewno, bo pamiętam co mi zrobiliście. Woda. Przypomnijcie sobie wodę!
Błysnęła seria. Zagrzechotały podziurawione pojemniki na smary. Zaleciało palonym tłuszczem.
- Powiedzmy, że sobie tego nie wymyśliłeś. Co niby z tego wynika? - krzyknął Randżi z ukrycia. - Jesteśmy Ziemianami, twoimi sprzymierzeńcami!
Gunekvod poszukał uważnie źródła głosu.
- Naprawdę? Nie wiem, kim jesteście. Wiem tylko, że nie można wam ufać. Nie można! Musicie umrzeć. Wszyscy. Randżi pojął nagle, co się dzieje.
- Słuchaj mnie, Gunekvod! Nie myślisz w ten sposób, to nie twoje pomysły. Wiem, że gdzieś blisko jest Amplitur. To on chce naszej śmierci. To dlatego tak się zachowujesz!
Gunekvod się zachwiał. Myślenie sprawiało mu ból. Ziemianin próbuje go oszukać. Przecież sam doszedł do tych wniosków, gdy nie było w pobliżu żadnego Amplitura. A jeśli tu naprawdę jest jakiś? Nieważne. Na pewno zacznie skakać z radości, gdy zobaczy, jak sojusznicy zabijają się nawzajem. Ale nie, ci Ziemianie nie są sojusznikami Massudów, muszą zginąć. Jeśli nawet Gunekvod opowie się tym czynem po stronie Ampliturów, to przypadkiem tylko, chwilowo i pozornie. Przycisnął smukłe palce do skroni. Gdzie w tym gąszczu ślad prawdy?
I co się właściwie dzieje? Która z tych myśli jest moja, która pochodzi od Ziemian, która od Amplitura? Chaos, chaos, chaos... Gdy skończą używać jego głowy jako pola bitewnego, czy zostanie jeszcze w niej coś z Gunekvoda? Nagle wydało mu się, że pojął.
Z ust wydarło mu się coś pośredniego między krzykiem a płaczem. Wibrysy zadrgały, ślina skapnęła z otwartych ust.
Wyczuwając szansę, Randżi wyjrzał z ukrycia. Siedział akurat za skrzynią z częściami zamiennymi do ślizgaczy.
- Spójrz na mnie, Gunekvodzie. Jestem Ziemianinem. Jestem twoim przyjacielem. To Amplitur tobą kręci.
- Nie! - jęknął Massud, wciąż wywijając bronią. - Nie, sam już wcześniej postanowiłem. To mój pomysł. Przysiągłem...
- Jest nas niewielu - powiedział Randżi, gotów w każdej chwili zanurkować za zasłonę. - Nie zaprzeczam, że mamy pewne zdolności. Ale nie czyni nas to mniej wartościowymi sojusznikami. Skąd możesz wiedzieć, dla kogo naprawdę jesteśmy niebezpieczni? Skąd ta pewność? Pomyśl tylko. Może staniemy się języczkiem u wagi, może to my przeważymy szalę. Uratujemy was od grozy Celu. Nie niszcz tej szansy. Kim jesteś, by decydować o takich sprawach?
- Kim jestem? - Gunekvod zamrugał powiekami. - Jestem... jestem...
Właśnie. Był tylko prostym żołnierzem. Nie S'vanem, nie Turlogiem. Zwykłym żołnierzem o mało znaczącej genealogii.
Z tyłu coś się poruszyło. Obrócił się błyskawicznie, spojrzał. Nie, żadnego cielska z oczami na szypułkach. Był sam. Sam z tornadem myśli.
Obok leżała kobieta, na poły sparaliżowana. Massud zrobił niezgrabny krok w jej stronę.
- Prze... przepraszam. Nie rozumiem... Nie zamierzałem... Spojrzała na niego z lękiem, ale jakoś ciepło.
- Wiem. Nie byłeś sobą. Już dobrze. - Zerknęła nagle w lewo. - Tam jest Amplitur.
Na Gunekvoda nagle spłynął spokój. Wiedział już, co winien uczynić. Wiedział dokładnie i na pewno. Nigdy nie był niczego równie pewien. Uniósł broń. Randżi czym prędzej uczynił to samo.
Kossinza krzyknęła widząc, jak Massud chwyta wylot lufy między zęby i naciska spust.
Nie mogła oderwać wzroku od dymiącego ciała nawet wtedy, gdy Randżi przyklęknął tuż przy niej.
- Nie chciałam, żeby to zrobił. Nie kazałam mu. Chciałam go tylko uspokoić, pocieszyć, ukoić ból. Randżi pomógł dziewczynie usiąść.
- Amplitur ciągnął w jedną stronę, ja w drugą, ty władowałaś się na to wszystko z podwójną dawką współczucia i zrozumienia. Tego akurat nie oczekiwał. Nie wytrzymał; za wiele na jednego biedaka... Wyczerpanie, zagubienie. Wybrał najprostszą drogę ucieczki. Cholera. Nie chciałem tego. - Randżi wstał i rozejrzał się wkoło. - Potrzebny nam sanitariusz. Komunikator można namierzyć. Chyba najlepiej będzie, jak cię poniosę.
Potrząsnęła głową.
- Walka przesunęła się w głąb góry. Podaj mi moją broń. - Uczynił, jak chciała. Przytuliła karabin do podołka. - Idź poszukaj pomocy, a ja tu posiedzę.
- Dasz radę?
- Jasne. Tylko nie siedź zbyt długo w kantynie - dodała z uśmiechem.
Przytaknął i skierował się tam, gdzie wedle jego rozeznania winna obecnie znajdować się abstrakcyjna linia frontu.